Drogeria Ewa

O mnie

Moje zdjęcie
Alicja Górska
Założyłam tego bloga z powodu miłości.
Zastawiłam półki kucharskimi książkami, a od wpatrywania w programy kulinarne zaczerwieniły mi się oczy. Katowałam rodzinę i znajomych paplaniną o cudowności sztuki kulinarnej, o nowych przepisach, o smakach i niezwykłych produktach. 
Taką poznacie mnie też Wy. Trochę niepoukładaną, trochę spragnioną czynienia rzeczy wielkich, trochę chaotyczną, wiecznie zabieganą.
Kocham improwizację. Fuzję smaków i zapachów. Czarowanie w kuchni.
Kontakt przez formularz lub na adres e-mailowy: alicja0gorska@gmail.com
Wyświetl mój pełny profil

Życie pozakuchenne

Życie pozakuchenne
Moja debiutancka powieść "Skazani", pierwszy tom trylogii "Przed Czasem". Gorąco zachęcam do zakupu i podzielenia się wrażeniami po lekturze :) Oto moje życie pozakuchenne.

Tutaj też działam

Tutaj też działam
Zapraszam również na współprowadzonego z partnerem życiowym bloga z recenzjami filmów, książek, gier, seriali i wielu innych ;)

Należę do społeczności

Durszlak.pl

Łódzkie bloguje

poniedziałek, 21 grudnia 2015
Co roku obiecuję sobie, że zrobię tradycyjne pierniki, które zmiękną przez miesiąc przed Świętami. Ostatecznie nigdy się to nie udaje i wtedy ratuje mnie przepis na pierniczki alpejskie, które nadają się do jedzenia natychmiast po upieczeniu i przestygnięciu :)
Przepis pochodzi z Manufaktury Ciastek :)

PIERNICZKI ALPEJSKIE


Składniki:
- 1 kilogram mąki
- 8 żółtek
- 3 białka
- 1,5 szklanki cukru
- 3 łyżki kakao
- 200 mililitrów śmietany kwaśnej
- 3 łyżeczki sody
- 4 łyżeczki przyprawy do piernika
- 250 gramów masła
- 400 gramów miodu
- opcjonalnie: marmolada i/lub lukier

Przygotowanie:
Rozpuszczamy masło, miód i przyprawy. Odstawiamy do wystygnięcia. Białka ubijamy na sztywno. Następnie stopniowo dodajemy do nich cukier wciąż ubijając oraz pojedynczo żółtka. W oddzielnej miseczce mieszamy śmietanę z sodą i czekamy aż się spulchni. W kolejnej misce (a najlepiej w robocie) umieszczamy mąkę i kakao. Dodajemy masę miodową i białka. Mieszamy i dodajemy śmietanę. Wyrabiamy ciasto, które wyjdzie dość luźne. Wstawiamy je do lodówki na przynajmniej 24 godziny, by zgęstniało.
Po tym czasie rozwałkowujemy je - po obfitym obsypaniu mąką - i wycinamy pierniczki. Na wycięte ciasto nakładamy nieco marmolady i przykrywamy drugim wyciętym fragmentem. Pieczemy w temperaturze 180 stopni przez 8-10 minut do zezłocenia. Po upieczeniu będą miękkie, ale stwardnieją po kilku minutach. Po ostudzeniu można je jeszcze polukrować. Voila!


Smacznego i do napisania wkrótce! :)
niedziela, 20 grudnia 2015
Podobne potrawy kojarzą mi się głównie w domem, bo sama ich nie przygotowuje. W ogóle ostatnio dziwnie się czuję, gotując. Odkąd wszystkie moje kuchenne wyczyny przeznaczone są wyłącznie dla mnie (może poza ciastkami, które chętnie rozdaję) i staram się wybierać potrawy, które łatwo odgrzewać przez następne dwa dni, próbuję zupełnie innych smaków i typów dań. 

Gulasz z serc indyczych to jedna z tych potraw, którą albo się kocha albo nienawidzi. Większość ludzi odstręcza jednak wizja zajmowania się podrobami. Tymczasem nie dość, że to bardzo delikatny rodzaj produktu, to jednocześnie stosunkowo tani i szybki w przygotowaniu. Spróbujcie, a nie pożałujecie :)

GULASZ Z SERC INDYCZYCH


Składniki:
- 700 gramów serc indyczych
- 50 mililitrów śmietany kwaśnej 18%
- 1 łyżka mąki
- pół pęczka pietruszki
- 3-4 liście laurowe
- 4-5 ziaren ziela angielskiego
- pieprz
- sól

Przygotowanie:
Serca płuczemy, oczyszczamy z niepożądanych błon i tym podobnych, a następnie kroimy w grubsze plastry i raz jeszcze płuczemy. Gotujemy w ilości wody nieco większej niż przykrywającej serca razem z liściem laurowy i zielem angielskim do miękkości. Jeżeli w trakcie gotowania pojawi się szum - zdejmujemy. Olewamy nieco wywaru do słoika, przestudzamy go nieco, dodajemy do niego mąkę oraz śmietanę i energicznie mieszamy do połączenia. Zdejmujemy garnek z palnika. Dodajemy mieszankę do serc i mieszamy aż całość zgęstnieje i będzie jednolita. Stawiamy na palniku. Doprawiamy gulasz solą i pieprzem. Podajemy z siekaną natką pietruszki. Voila!


Smacznego i do napisania wkrótce! :)
czwartek, 17 grudnia 2015
Zdecydowanie nie należę do docelowego targetu przepisów Beaty Pawlikowskiej, która wyznaje zasady nie tylko kuchni pięciu przemian, ale rezygnuje również ze wszystkich produktów przetworzonych (o mięsie nie muszę chyba wspominać). To weganka, która z przyrządzania posiłków uczyniła filozofię życia (dla jasności – nie jako pierwsza i pewnie nie jako ostatnia). Po propozycje dań na święta Pawlikowskiej sięgnęłam głównie z ciekawości. Bo o ile bez problemu wyobrażałam sobie podobną dietę na co dzień, to nie miałam absolutnie żadnego pojęcia, jak wygląda w wersji wyjątkowej.

Zbiór przepisów format ma niewielki, nieco więcej niż połowa kartki a4. Okładka jest sztywna i lśniąca w pięknym, zielonym kolorze z czerwonymi dodatkami – iście świątecznie. Nieszablonowo prezentuje się w tym otoczeniu fotografia autorki nad krystalicznie czystą wodą. Wnętrze zbioru jest dopracowane – całe zadrukowane stronice, czytelne instrukcje i fotografie proponowanych posiłków. W kwestii wykonania nie ma po prostu do czego się przyczepić. Zwłaszcza, że treść została także wzbogacona o technologię TAP2C, która odsyła czytelnika do kuchni samej autorki - super!

„Szczęśliwe garnki. Kulinarna książka z przepisami na Święta”, bo tak brzmi pełen tytuł propozycji Pawlikowskiej, zawiera trzydzieści cztery przepisy absolutnie pozbawione nie tylko mięsa, jajek, masła czy majonezu, ale również np. typowej, zwykłej pszennej mąki (zastępuje ją mąka z samopszy, starej odmiany pszenicy, uprawianej w Polsce wyłącznie na ekologicznych plantacjach). Chodzi nie tylko o to, żeby było wegańsko, ale również o to, by było zdrowo. Pawlikowska wykorzystuje więc w swoich przepisach najprostsze, najbardziej „pierwotne” składniki, starając się by były możliwie wolne od skażenia współczesnego świata.

Zgodnie z zapowiedzią na początku książki proponowane przez autorkę dania nie są skomplikowane. Zazwyczaj składają się jedynie z kilku składników i garści niewymyślnych przypraw. Wbrew moim obawom nie są to propozycje, na których przygotowanie należałoby wydać majątek. Gdyby ktoś chciał spróbować przepisów Pawlikowskiej teraz, już i natychmiast, to – może nie w wersji superekologicznej ­– dostałby większość składników w osiedlowym sklepiku.

Najciekawszym dla mnie okazał się fakt, że pomimo ogromnej odległości przekonań, co do filozofii jedzenia między mną a Beatą Pawlikowską, w bardzo podobny sposób przygotowujemy chleby – korzystając z zakwasu, nasion i pozwalając, by miał potrzebny mu czas. Największym zaskoczeniem fakt umieszczenia pośród przepisów jabłka, gdzie przepisem są wskazówki jak się nim delektować w okresie świąt.

Nie sądzę, aby bardzo ascetyczne przepisy autorki skusiły mięsożerną część społeczeństwa i zmusiły ją do zmiany nawyków żywieniowych, niemniej warto spróbować urozmaicić nimi swój standardowy posiłek, czy też – wigilijny stół. Ja w tym roku spróbuję zastąpić typową kapustę, jednym z podobnych przepisów Pawlikowskiej, a kilka innych pomysłów wykorzystam w nieświątecznym okresie roku. Ponieważ staram się też ograniczać cukier, gdzie tylko do możliwe, z wielką przyjemnością upiekę wszystkie proponowane przez autorkę zdrowie ciasteczka, na których widok naprawdę leci ślinka.

Mam pewien problem z tą książką. Nieskomplikowane przepisy na gryczane kotlety, soczewicę czy innego rodzaju kaszę, nie będą stanowiły dla wyznawców podobnej filozofii żadnego zaskoczenia (tak mi się przynajmniej wydaje), z kolei jej opozycjonistów – zwłaszcza tych zatwardziałych – niekoniecznie zainteresują. Z drugiej jednak strony, kto zna Beatę Pawlikowską, ten wie, czego należy się spodziewać. Myślę, że książka najlepiej sprawdzi się jako świąteczny prezent dla współpracowników czy kolegów ze szkoły (jeżeli wiemy, że podobne tematy ich interesują) – jest solidnie wydana, niedroga i w pewien sposób inspirująca. A zresztą, przekonajcie się sami. 

Recenzja publikowana również na:

poniedziałek, 7 grudnia 2015
Ostatnio bardzo często piekę te ciasteczka, bo są proste w przygotowaniu, smaczne i porównywalnie z innymi słodkościami - zdrowe. Wymagają też zwolnienia, bo najlepiej smakują maczane w kawie lub herbacie. Brzmi jak coś na święta, prawda?

POLSKIE WŁOSKIE CANTUCCINI


Składniki:
- 250 gramów mąki
- 100 gramów (+ 2-3 łyżki) słonecznika
- 100 gramów cukru
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 2-3 jajka
- szczypta soli
- olejek migdałowy

Przygotowanie:
Wszystkie składniki oprócz dodatkowego słonecznika zagniatamy razem. Formujemy wałek o średnicy 3-4 centymetrów, obtaczamy go w dodatkowym słoneczniku i przekładamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia, a następnie wstawiamy ją do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 30 minut. Po upływie tego czasu przekładamy ciasto na deskę do krojenia. Bardzo ostrym nożem kroimy plastry grubości 1,5 centymetra. Układamy je na blaszce i ponownie wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 160°C. Pieczemy przez 10-12 minut, po czym przewracamy ciasteczka na drugą stronę i ponownie pieczemy przez kolejne 10-12 minut. Voila!

Podstawą do powstania tego przepisu był przepis na cantuccini książki Lidla.


Smacznego i do napisania wkrótce! :)

Posmakowało już:

Drukowanie

Print Friendly and PDF

Po kliknięciu na powyższy przycisk pojawi się centralna część bloga (przepisy). Za pomocą prostego mechanizmu "klikania na krzyżyki" można usunąć niepotrzebne w wydruku informacje :)

Akcja!

Lookam

Zbieram na jedzenie

Śledź