Drogeria Ewa

O mnie

Moje zdjęcie
Alicja Górska
Założyłam tego bloga z powodu miłości.
Zastawiłam półki kucharskimi książkami, a od wpatrywania w programy kulinarne zaczerwieniły mi się oczy. Katowałam rodzinę i znajomych paplaniną o cudowności sztuki kulinarnej, o nowych przepisach, o smakach i niezwykłych produktach. 
Taką poznacie mnie też Wy. Trochę niepoukładaną, trochę spragnioną czynienia rzeczy wielkich, trochę chaotyczną, wiecznie zabieganą.
Kocham improwizację. Fuzję smaków i zapachów. Czarowanie w kuchni.
Kontakt przez formularz lub na adres e-mailowy: alicja0gorska@gmail.com
Wyświetl mój pełny profil

Życie pozakuchenne

Życie pozakuchenne
Moja debiutancka powieść "Skazani", pierwszy tom trylogii "Przed Czasem". Gorąco zachęcam do zakupu i podzielenia się wrażeniami po lekturze :) Oto moje życie pozakuchenne.

Tutaj też działam

Tutaj też działam
Zapraszam również na współprowadzonego z partnerem życiowym bloga z recenzjami filmów, książek, gier, seriali i wielu innych ;)

Należę do społeczności

Durszlak.pl

Łódzkie bloguje

niedziela, 29 czerwca 2014
Naprawdę chciałam odwiedzić wszystkie lokale biorące udział w łódzkim festiwalu. Niestety okazało się to zbyt czasochłonne i finansochłonne. Dodatkowo, chciałam skorzystać również z innych atrakcji. Udałyśmy się więc dzisiaj z Kesją na grę miejską, co nie było najlepszym pomysłem - niewielu uczestników, banalne i nudne zadania. Jedynie paczuszka prezentów na mecie była niczego sobie. Byłoby dużo fajniej, gdyby więcej osób zdecydowało się wystartować. A dlaczego frekwencja była taka niska? Gdybym miała obstawiać, powiedziałabym, że to wina kiepskiej reklamy i absolutnego braku informacji - mały druczek na stronie internetowej oraz ulotce, to żadna informacja. Zwłaszcza, jeżeli zawiera jedynie godzinę i miejsce.
Tak czy siak po grze miejskiej przystąpiłyśmy z Kesją do pałaszowania. Ten dzień był zdecydowanie bardziej interesujący, chociaż zdarzyły się również wpadki. A oto wyniki:


1. Gejsza sushi
10/10 pkt

Happy roll, czyli krewetka w tempurze, serek, tamago, ogórek, tykwa i rzepa, na zewnątrz kiwi, sos u nagi i mango

Nie przepadam szczególnie za sushi. Zwyczajnie do mnie nie przemawia. Z pewną rezerwą wkroczyłam więc do Gejszy (wkroczyłam to za duże słowo - pokornie podreptałam, gdy po 15 minutach zwolniło się miejsce i sprzed lokalu mogłam wejść do jego wnętrza). Mogłabym tam czekać i kolejne 15 minut, albo nawet 1 godzinę i 15 minut, tak bardzo przypadło mi do gustu. Połączenie smaków - rewelacyjne. Podanie klasyczne, spora porcja imbiru oraz wasabi, której nie byłam w stanie wykorzystać. 
Obsługa poprawna.
Z pewnością odwiedzę do miejsce jeszcze nie raz.

Okiem Kesji:
Do sushi jestem nastawiona sceptycznie, ale to, co dostałyśmy na talerzu, pobiło wszystkie inne dania! Mogłybyśmy być w obskurnym lokalu, kelner mógłby być gburowaty, a jedzenie brzydko podane – to i tak nie zmieniłoby mojej oceny. Doskonałe!
10/10 (nawet  11/10)

2. KAMARI
3/10 pkt

Kulebiak po grecku, czyli polędwiczka w liściach winogron w cieście filo z espumą żurawinową, podana z pastą z pieczonego bakłażana i zielonym groszkiem 

W KAMARI spodziewałam się znacznie więcej. Uprzedzone o długim oczekiwaniu zamówiłyśmy piwo, otrzymałyśmy je jednak dopiero z daniem, a więc ponad 30 minut później. Pierwszy raz spotkałam się z taką taktyką.
Wybaczyłabym pewnie to oczekiwanie, gdyby było na co czekać. Tymczasem, chociaż prezentowało się bardzo dla oka mile... Groszek był zimny i suchy, ciasto filo przepieczone (z przyklejonym od wewnątrz liściem winogron), polędwiczka wysuszona na wiór, a pasta z pieczonego bakłażana miała wyraźny posmak spalenizny. 
Bardzo szkoda, bo sosy charakteryzował bogaty i złożony smak - były jednymi z lepszych, jakich przyszło mi kosztować na tegorocznym festiwalu.

Okiem Kesji:
Test niewidzialności, odcinek 2. Kelnerki ewidentnie nieprzyzwyczajone do takiej liczby gości. Nie wpadły nawet na to, że skoro musimy tyle czekać, to można podać nam zamówione piwo trochę wcześniej niż danie. Co do jedzenia… Zimny groszek, mięso suche jak wiór. Jedyny ratunek w paście z bakłażana, którą się zajadałam.
4/10

3. Lavash
8/10 pkt


Długo nie mogłam się zdecydować, jak ocenić tę restaurację. Z jednej strony danie prezentowało się mało apetycznie i bardzo niedbale (wyszczerbiony talerz, kilka kleksów tam i ówdzie, nieprzemyślana kompozycja). Dodatkowo czerwona przyprawa wkoło smakowała gotową mieszanką przypraw. Lavash ma jednak zalety i pomysły, o których inne lokale mogą tylko pomarzyć.
Po pierwsze samo stanie w kolejce było już przyjemnością. Obsługa przepraszała, przejmowała się i... zapraszała na degustację win. Przesympatyczny pan opowiadał zabawne anegdotki ze swojego życia oraz przybliżał specyfikę rozlewanych do kubeczków alkoholi. Czas płynął szybko, a samo miejsce wkrótce się znalazło. Gdy jeden z gości wyszedł znudzony oczekiwaniem na zamówienie, zaraz ktoś za nim wybiegł, zapytał o powody opuszczenia lokalu i w ramach przeprosin wręczył butelkę wina. 
Danie w Lavash, chociaż może nieszczególnie pięknie, to jednak smakowało. Była to jedyna orientalna restauracja, która rzeczywiście zaoferowała mi coś orientalnego. Smaki były intensywne i całkiem nieźle skomponowane. Na talerzu znalazłam też różne faktury i konsystencje. Byłam zadowolona.

Okiem Kesji:
Kuchnia kaukaska – spodziewałam się orientalnych smaków, ale bałam się porażki po przygodzie z Layali. Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie. Danie było bardzo intensywne w smaku i bardzo egzotyczne. Najlepszy był bakłażan, ale reszta też niczego sobie: ryż smacznie doprawiony, ciekawy pasztet, mięso zawijane w liść też pycha! Może tylko nie wyglądało pięknie na talerzu. Dodatkowy plus za fantastyczną obsługę i degustację win dla czekających w kolejce. Tak miło nie było w żadnej innej restauracji.
9/10

4. Layali Shisha Club&Restaurant
2/10 pkt

Bamia w pomidorach z kurczakiem i ryżem syryjskim
Rozpoczęło się całkiem przyjemnie, bo miła pani od razu zaproponowała nam miejsce i szybko przyjęła zamówienie. Zadziwiające było jedynie to, że poza naszym, jedynie 3 stoliki były zajęte i to, jak sądzę, przez stałych gości, a nie festiwalowych.
To wszystko przestało zastanawiać, gdy dostałyśmy danie. Porcja w porównaniu do innych lokali słuszna za to prezentacja bez finezji - wszystko rzucone na talerz i udekorowane plasterkiem cytryny i kawałkiem pomidora. 
Sama bamia okazała się rośliną strączkową, a kurczak raczej nie był kurczakiem. Poza tym, bamia, która miała być, jak sądzę, daniem głównym tej potrawy, rozpłynęła się gdzieś w mdłym sosie bez przypraw; była rozgotowana i również dobrze mogła być polską fasolką. 
Spodziewałam się orientu, a dostałam szkolną stołówkę.

Okiem Kesji:
Lokal z daniami kuchni syryjskiej, z klimatycznym orientalnym wystrojem, sympatyczną obsługą i… naprawdę kiepskim daniem. Doceniam wysiłek, jaki trzeba było włożyć w to, żeby sprowadzić bardzo rzadkie składniki z Syrii. Szkoda tylko, że ten wysiłek poszedł na marne, bo danie nie miało żadnego smaku, tym bardziej orientalnego.
3/10

5. Lili
6/10 pkt

Sztufada z leguminą cytrynową i warzywem polnym i marmeladą
Do Lili weszłyśmy na chwilę przed deszczem. Niebo zdążyło się już zachmurzyć i tylko minuty dzieliły nas od fali deszczu. Pan kelner uwijał się jednak szybko, więc danie zdążyłyśmy skosztować przed ulewą.
Wołowina dobra, ale nie rewelacyjna, mogłabym dusić się odrobinę dłużej. Marchewka mogłaby być ale dente. Legumina świetna - uwielbiam połączenia słodkich owocowych sosów z wytrawnym mięsem. Chociaż nie wiem, czy nie smakowałoby to lepiej, gdy mięso było bardziej wyraziste. Legumina przodowała, a powinna być dodatkiem. 

Okiem Kesji:
Kelner był chyba na nas zły, że śmiałyśmy usiąść przy stoliku. Na szczęście podał nam jedzenie i było ono smaczne. Najlepsza była legumina cytrynowa, którą mogłabym jeść łyżkami. Mięso też w porządku.
7/10

6. Lokal
7/10 pkt
Zapomniane - dzikie. Bażant, dzik, dereń, czyli krokiet z bażanta z grzybami na puree z kalarepy z jabłkiem, terryna z dzika z sosem z suszonych owoców z dereniem, fondant z kalarepy, marynowany rydz, sos wiśniowy, ziemia czekoladowo-kawowa
Przyszła kolej na jedno z najoryginalniejszych dań w festiwalowej karcie. W kolejce stałyśmy niedługo, miły kelner zapytał od razu, czy życzymy sobie dania festiwalowego. Na stole stało naczynie z kompletami sztućców, pierwszy raz nie musiałyśmy więc prosić o dodatkowy. Pierwszy raz również potrawa znajdowała się w bardziej wymyślnym naczyniu - do tej pory wszędzie biało i klasycznie. Podobało mi się to podanie, chociaż wielkość talerza przytłoczyła chyba nieco samo danie.
Terryna bardzo smaczna, zwłaszcza z owocami. Fondant z kalarepy, to chyba po prostu ugotowana kalarepa. Marynowany rydz gumiasty i octowy, ale to było do przewidzenia - szkoda takich dobrych grzybów do zamykania w słoikach z octem. Puree pyszne, sos wiśniowy dobry, ziemia ciekawiej wypadła w Bierhalle, powtarzała się zresztą kilka razy i Lokalowi wyszła najgorsza. Najdziwniejszy był krokiet. Miękki, bez wyczuwalnego smaku bażanta, troszkę kwaskowaty. Nie na to liczyłam.

Okiem Kesji:
Jedyna dziczyzna na festiwalu. Naprawdę udana dziczyzna. I pięknie podana. Ze śliwką i musem wiśniowym. Trochę dziwnym eksperymentem był krokiet z bażanta, ale wybaczam. Dzik uratował całość. Wielki ukłon w stronę obsługi lokalu, bo uwijali się jak mróweczki, żeby jak najszybciej rozładować kolejkę.
8/10

7. Pozytyvka
5/10 pkt

Carbonara Naleśnikowa, czyli klasyczny sos śmietanowy z pancettą i natką, podany na makaronie naleśnikowym
Jedno z najmniej wyszukanych i pomysłowych dań festiwalu. Weszłam, zamówiłam, dostałam to, czego się spodziewałam. Z tego, co się orientuję, to klasyczną carbonarę robi się bez użycia śmietany, a sos powstaje z żółtek. Niestety danie Pozytyvki przeciętny Kowalski mógłby wykonać z resztek w lodówce. Chociaż to bardzo smaczne danie, nie mogę dać wyższej oceny.

Okiem Kesji:
Nie wpadłabym na to, że z naleśników można zrobić makaron do sosu. Ciekawa lekcja i bardzo smaczna. Prawdą jest, że taki sos każdy może zrobić sobie w domu, podobnie jak naleśniki, ale… Już nie każdy może wymyślić takie połączenie. 
7/10

8. Restauracja Bułgarska
4/10 pkt

Caca, czyli szprotki smażone na głębokim tłuszczu
Obsługa wyłapywała jedynie przypadkowe osoby do obsłużenia. W czasie naszej wizyty przynajmniej 3 stoliki zrezygnowały z oczekiwania na samo tylko złożenie zamówienia. Nam się udało, fartem.
Porcja malutka (8 szprotek za 10 zł), chociaż wcześniej Bułgarska chwaliła się zdjęciami pełnych talerzy. Podane prosto, zwyczajnie rzucone na talerz. Samo danie smaczne, jako przegryzka do piwa idealne. 
Mam wrażenie, że Restauracji Bułgarskiej nie zależało na festiwalu. Zależało za to na reklamie, ale i to im się nie udało.

Okiem Kesji:
Zastanawiam się, ile kosztowało to danie. Takich kilka rybek można kupić w Polsce za grosze. Przypraw specjalnych też nie było. Gratuluję kucharzowi, bo wymyślił danie, na którym restauracja prawdopodobnie nieźle zarobiła. Co nie zmienia faktu, że było bardzo smacznie. Dobry pomysł na przekąskę.
7/10

9. Ser Lanselot
5/10 pkt

Wytrawna Koza, czyli sernik na zimno z koziego sera, z konfiturą z czerwonej cebuli z czerwonym winem. Podany z zieloną herbatą
Pani była przesympatyczna i uśmiechała się radośnie. Danie podane było jednak bez przemyślenia, chaotyczne i niedbałe. Ciasto ze spodu rozmokło. Konfitura za to bardzo smaczna. W samym serniku zbyt dużo gałki muszkatołowej. Herbatka, jak herbatka, wodnista.

Okiem Kesji:
Nie lubię koziego sera i nigdy nie polubię. Nie ma, czego oceniać.

10. Spółdzielnia
7/10 pkt

Comber z królika w aromacie wędzonki na ziarnach zboża
Pierwsze wrażenie miałyśmy bardzo dobre. Na stole arkusze z wyrysowanym daniem i opisanym każdym elementem. Miły kelner zebrał zamówienia i chociaż potem nieco się pogubił, to psioczyć nie będę, właśnie dlatego, że był miły. 
Bardzo smakowało mi pate z króliczych wątróbek z sosem porzeczkowym. Sam królik też był zresztą niezły, może jedynie odrobinkę przesuszony. Zgodnie z opisem miał w sobie ten aromat wędzonki. Niezwykle subtelny i przyjemny, a nie narzucający się. Pasternak smaczny, chociaż troszkę przegotowany. Fantastyczna pszenica. 
Danie wyraźnie przemyślane i skomponowane z sensem, sposób podania nie najgorszy, ale też nie najlepszy. 

Okiem Kesji:
Z całego dania pamiętam najlepiej pszenicę – była genialna! Pyszna, świetnie ugotowana, rewelacyjne zastępstwo dla ryżu czy kaszy. Podobno na talerzu był jeszcze królik, ale wcale go nie pamiętam (zapisałam na kartce festiwalowej, że dużo smaczniejszy niż w Marcello, więc musiałam go zjeść). Bardzo podobało mi się też to, że na stołach były podkładki z objaśnieniem dania festiwalowego i instrukcją jak je przyrządzić samemu. Miło, że kucharz podzielił się z nami taką informacją.
8/10

11. The Mexican
5/10 pkt

Przysmak młodości Jose Riviery, czyli żeberka barbecue pieczone z suszoną śliwką podane na cieście francuskim
Nie za wiele jest tutaj do opowiadania, bowiem The Mexicana nie wyrwała się zanadto ze swojego codziennego menu. Obsługa była jak zwykle profesjonalna, czas oczekiwania krótki.
Danie niechlujnie rzucone na niechlujny talerz z niechlujnymi ozdobami.
Same żeberka smaczne, a to w moich ustach spora pochwała, bo żeberek nie znoszę. Nie rozumiem tylko, po co ten skrawek kupnego ciasta francuskiego. Przepyszny sos.
Tak jak w przypadku Pozytyvki, wyszłam z przeświadczeniem, że dostałam to, czego się spodziewałam.

12. Mebloteka Yellow
7/10 pkt

Szalony działkowiec, czyli ciasto czekoladowo-pomidorowe z odrobiną pikanterii
Sposób podania zrobił na mnie wrażenie - wreszcie jakaś kreatywność! Ktoś zaszalał, zaryzykował! 
Ciasto czekoladowe bardzo smaczne, zdecydowanie z odrobiną pikanterii za co wielki plus, bo przełamywała słodycz i intensywność czekolady. Sos z marakui i wanilii fajny, leciutki. Chrupiące kwiatki dla rozróżniania konsystencji. 
Byłaby 10, gdyby nie kawa - kardamon, mięta i czarna, zimna kawa, to zdecydowanie połączenie nie dla mnie. 

Okiem Kesji:
Szaleństwo ogrodnika, było fantastycznym szaleństwem kucharza. Wielki plus za stronę wizualną – tak ładnego dania nie podano nigdzie. Smakowo też bardzo dobrze: ciasto bardzo intensywne w smaku (niech argumentem będzie to, że było to ciasto i smakowało mi). Do ciasta bardzo fajny sos. Całość psuła kawa mrożona z kardamonem i miętą – była po prostu niesmaczna. 
7/10 (przez kawę)

13. House of sushi
brak oceny

Do tego miejsca podchodziłam kilka razy. Bardzo, bardzo chciałam spróbować proponowanego tutaj dania. Nie udało się w piątek (kolejka), to spróbowałam w sobotę. Najpierw mówiono o konieczności czekania godzinę. Zahaczyłyśmy, więc o inny lokal i wróciłyśmy później. Czas skrócił się do 30 minut. Udało się nam zająć miejsca i już, już zbliżała się chwila otrzymania wyczekiwanego dania, gdy okazało się, że przegrzebki nie spełniają wymogów.
Muszę tutaj pochwalić bardzo kucharza, który po odkryciu, że kolejne paczki zawierają towar niepełnowartościowy (dokładnie wszystko wytłumaczył, ale powtarzać nie będę, żeby czegoś nie poplątać) zdecydował się na przeproszenie oczekujących i niewydawanie kolejnych dań, bo znacząco odstawałyby od tych podawanych wcześniej. Nagradzam to wszystko brakiem oceny, zamiast okrąglutkim zerem, bo trzeci dzień nie będę próbowałam się tam dostać.

Okiem Kesji:
Hit festiwalu – przegrzebki. Koszt dania 14 złotych, a płacić trzeba było 10… Niestety nie udało nam się spróbować dania. Trafiłyśmy na złą partię małży i kucharz musiał niestety odmówić wydania dań. Wielki szacunek dla niego za to, jak to zrobił – wyszedł na salę i powiedział szczerze, że nie może wydać dań, ponieważ on nie będzie mógł się pod nimi podpisać, a my też bylibyśmy niezadowoleni.

Dzisiaj macie ostatnią szansę na spróbowanie festiwalowych dań. Restaurację serwować będę je zaledwie do 18, więc spieszcie się! ;)

1 komentarz:

  1. Strasznie zazdroszczę. Też tak chcę, ale w Trójmieście tej akcji nie widziałam. Smutno mi.

    OdpowiedzUsuń

Każdy Twój komentarz mnie uszczęśliwi! A może masz jakieś pytania? ;)

Posmakowało już:

Drukowanie

Print Friendly and PDF

Po kliknięciu na powyższy przycisk pojawi się centralna część bloga (przepisy). Za pomocą prostego mechanizmu "klikania na krzyżyki" można usunąć niepotrzebne w wydruku informacje :)

Akcja!

Lookam

Zbieram na jedzenie

Śledź